Pobrano mi krew. Pierwszy raz. Nawet nie bolało (no jednak troszeczkę). (wbrew pozorom jestem rozemocjonowany, ale chcę zachować 'sztywny' charakter bloga :))
Czas na czekoladę z orzechami (Fe, Mg, wit. B6 i B12) no i pokładam nadzieję w mojej erytropoetynie, aby uzupełnić te 8,5 ml krwi.
A jak to szło? Było przerażająco. Mam awersję do wkłuwania się w żyły (m.in. dlatego nie chciałbym być lekarzem, chociaż z drugiej strony chciałbym nim być). Pokój zabiegowy był obszerny, trochę większy od mojego pokoju, ale równie wysoki. Jak już usiadłem na miejscu i przekazałem informacje na temat jakie mają być moje badania, panie pielęgniarki schowały się w kącie z komputerem i wyszukiwały ceny za pobranie. Strzępki rozmów jakie do mnie doleciały ('A może to jest to?''Nie, zobacz, to jest za drogie') trochę mnie rozluźniły. Stanowczo zestresowały mnie dwie ampułki na krew - jedna to jo, ale aż dwie? Odwróciłem głowę i się zaczęło. Właściwie dużo nie bolało - a przynajmniej nie tak jak w moich fobicznych snach.
I koniec.
A potem 10 minut trzymania wacika i skok przez ulicę do domu, bo jednak trochę więcej kosztowało to badanie, niż miałem w portfelu.
(Portfel wziąłem, by wyglądać poważniej, niż tylko z wygniecionym banknotem wyjętym z dżinsów; a propos, mam przyczepiony do portfela cudowny breloczek 'Polish car of love' z Warszawy ;])
Właściwie to wsio. Tak sobie myślę, że nie potrafię pisać z humorem, czy groteską; po prostu chciałem to przelać :)
Uśmiechnięty i wiecznie zadowolony/zdesperowany Fel.
Nie daję sobie pobrać krwi, póki ktoś nie obieca mi, że po wszystkim dostanę jagodziankę.
OdpowiedzUsuńInaczej to tylko kolejne, nieprzyjemne wydarzenie ze świata dorosłych.
Wpadnij do mnie na babeczki i herbatę :)
Co wy macie z tym pobieraniem krwi? Przecież to całkiem fajne uczucie. No może nie "całkiem fajne" ale na pewno nie straszne.
OdpowiedzUsuń