poniedziałek, 24 października 2011

Liczy się wytrzymałość (raczej psychiczna, w fizycznej nigdy nie byłem dobry...)

Nosz, do kurwy nędzy - najpierw ser, teraz klopsy w słoiku i całe kilo makaronu? Coś jest nie tak. Nie będę tego tolerował. Mam już dziś dość wszystkiego.
Zrobiłem sobie zapasy wczoraj, żeby oszczędzać pieniądze i jakoś dojechać do domu. I mam teraz ja mam cierpieć głód? Nie dam tego tak łatwo. I jeszcze dziś zaczyna się moja kolej sprzątania? No kundźwa, nawet jeszcze po imprezie dokładnie nie posprzątali i syf jest w kuchni. Ja tego nie będę sprzątał i zgłoszę to właścicielowi. Ja mam się starać, gdy współlokatorzy nie kiwnęli palcem, i jeszcze mają czelność narzekać?

Dziś czuję się obdarty z życia, ale teraz mnie nerwica strzela. Cały weekend martwienia się, zero kontaktu. No chociaż jeden esemes w odpowiedzi by wystarczył. Nie chcę być nachalny, ale jeśli ktoś jest dla mnie ważny, to mogę wysłać esa, jak się czuje? A nie, Felo stoi na przystanku i moczy oczy. Przejmuje się za bardzo? Nie odwykłem po prostu od życia w którym każdy jest dla siebie przyjacielem. Na razie nie mogę nazwać nowych ludzi przyjaciółmi - ale nie są już to znajomi de facto. Coś pomiędzy, na co jeszcze nie ma słowa po polsku. Chcę, by to byli moi przyjaciele. Ale jednak to musi się trochę rozwinąć. Trochę więcej czasu. A może już teraz?
Denerwują mnie moje własne włosy, mój głos i śmiech. Chyba chcę być kimś, kim nie jestem, a to tylko po to, by nie zrazić ludzi? Sam nie wiem.

Żołądek wzywa, cały dzień nie jadłem, miałem ochotę na szybkie danie ze słoika, ale nope.


Fel

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz