Jakiś tytuł? Nie mam pomysłu jak na razie. Wyjdzie w praniu.
***
Więc jestem! Chciałem już napisać w zeszłym tygodniu, ale coś mnie od tego odciągnęło i już po
łik ędzie nie mogłem pisać. Korzystanie z bibliotecznych komputerów nie nadaje się do udostępniania jakichkolwiek danych.
Przynajmniej teraz się więcej zdarzyło.
Więcej tych miłych rzeczy.
W skrócie: poprzedni tydzień był paskudny pod kilkoma względami, Mianowicie: stres, bolące oczy, brak Internetu, depresja. Zawsze się uśmiecham, a w środku tylko ja wiem, co się dzieje.
I kropka. Kolejny tydzień był
okej.
Pierwsze
konkretne laborki z chemii.
Cudo. Wyciąganie kapilar w wykonaniu pani profesor wydało mi się spektakularne. Moja kapilara byłą trochę krótsza, ale też kapilara. W ogóle łatwo wpadam w zachwyt. Ale to było
godne zachwytu.
No i chyba wchodzące w stały element programu,
czwartkowe karaoke! Tak jak zwykle, było świetnie ;)
Piszę tą notatkę i mam wrażenie, że pieprzę same głupoty.
Wracając do karaoke w ostatni czwartek było udane, gdyż:
- spotkałem się ze swoimi chemikami (jakbym ich na co dzień nie widział, no większości);
- zaśpiewałem
Nas nie dogoniat (na 'scenę' wyszedłem sam, ale śpiewałem już kilkoma osobami), a efektem jest nagranie video na fejsie (którego jeszcze nie odważyłem się obejrzeć...);
- znalazłem kolejną pokrewną duszę, tym razem w sferze szeroko pojętej muzyki i kulinarii (pozdrawiamy panią
A.! ^^);
- stałem w korytarzu przed kiblem i współdzieliłem swoją muzykę.
Było niekoniecznie miło ze względu na osobę pana
Gy., ale chyba jestem uprzedzony (co nie zmienia faktu, ze w pewnej chwili zabrał mi mikrofon, ale go oddał w ostateczności).
Dużo gorszym doświadczeniem była ręka pijanego gościa na moich plecach i niedwuznaczne propozycje wygłaszane w języku niepolskim.
Karaoke się skończyło, dotarłem do domu. Obudziłem się wcześnie rano w bolącą głową i pustym brzuchem. Ale co poradzić, trzeba było jechać na fizykę :)
Wykład przyjąłem dość ciepło, czego już nie mogę powiedzieć o laboratorium z fizyki. Mózg mi się wyłączył już po pół godziny. Czy był ktokolwiek, komu spodobał się lab? Anybody?
No? (Dust, można by było rzec).
Już starczy faktów, o sferze marzeń nie wspominam, bo ostatnio urosła do
kolosalnych rozmiarów.
Do zobaczenia kiedyś, dziobaczki.
Posiadacz nowego sprzętu do pisania postów na blogerze,
Feliks C:
PS Czytam całość i muszę przyznać, że nie lubię streszczać całego tygodnia.