środa, 26 października 2011

Arystoteles - wiedza dla samej wiedzy

Oj, chyba za dużo mi się dzisiaj powiedziało.... To nie miało to znaczyć. No ale jednak to powiedziałem. Z pewną premedytacją? Mogę się przyznać przed sobą (i oczywiście przed blogiem), że stanowczo tak. Uznałem, że warto pograć słowami i sprawdzić efekt. Cóż, żałuję jednak.

Ale moja evil side podpowiada mi, że dobrze jest. Egocentryzm rusza do boju! Po co w ogóle dziś przychodziłem? Wiedziałem, jak się skończy wykład i co z niego wyniosę. But you were there i to mi starczyło... O. To się nazywa pobudzeniem do życia?

- Przepraszam, to ty jesteś Pobudzeniem do Życia?
- Tak, to ja.
Faktycznie.

Położyłem się - to zły znak; znak, że mogę zrobić mniej, niż chciałem. Trzeba nanieść kilka mądrych książek, mniej ogarniętych zeszytów i wszystko zalać jeszcze kawą. Czuję się wyjątkowo dobrze dzisiaj. To może znaczyć, że jutro będzie albo beznadziejnie, albo jeszcze bardziej pro.


Indukujesz we mnie nieopisaną chęć do życia~~
[tylda podkreśla melodyjność zdania, nawiasem mówiąc]


Fel C:

poniedziałek, 24 października 2011

Liczy się wytrzymałość (raczej psychiczna, w fizycznej nigdy nie byłem dobry...)

Nosz, do kurwy nędzy - najpierw ser, teraz klopsy w słoiku i całe kilo makaronu? Coś jest nie tak. Nie będę tego tolerował. Mam już dziś dość wszystkiego.
Zrobiłem sobie zapasy wczoraj, żeby oszczędzać pieniądze i jakoś dojechać do domu. I mam teraz ja mam cierpieć głód? Nie dam tego tak łatwo. I jeszcze dziś zaczyna się moja kolej sprzątania? No kundźwa, nawet jeszcze po imprezie dokładnie nie posprzątali i syf jest w kuchni. Ja tego nie będę sprzątał i zgłoszę to właścicielowi. Ja mam się starać, gdy współlokatorzy nie kiwnęli palcem, i jeszcze mają czelność narzekać?

Dziś czuję się obdarty z życia, ale teraz mnie nerwica strzela. Cały weekend martwienia się, zero kontaktu. No chociaż jeden esemes w odpowiedzi by wystarczył. Nie chcę być nachalny, ale jeśli ktoś jest dla mnie ważny, to mogę wysłać esa, jak się czuje? A nie, Felo stoi na przystanku i moczy oczy. Przejmuje się za bardzo? Nie odwykłem po prostu od życia w którym każdy jest dla siebie przyjacielem. Na razie nie mogę nazwać nowych ludzi przyjaciółmi - ale nie są już to znajomi de facto. Coś pomiędzy, na co jeszcze nie ma słowa po polsku. Chcę, by to byli moi przyjaciele. Ale jednak to musi się trochę rozwinąć. Trochę więcej czasu. A może już teraz?
Denerwują mnie moje własne włosy, mój głos i śmiech. Chyba chcę być kimś, kim nie jestem, a to tylko po to, by nie zrazić ludzi? Sam nie wiem.

Żołądek wzywa, cały dzień nie jadłem, miałem ochotę na szybkie danie ze słoika, ale nope.


Fel

środa, 19 października 2011

Punkt na sinusoidzie.

Sinusoida. Moje życie to jedna wielka sinusoida o dużej częstości. Ale mam wrażenie, że maksimum przypada zawsze na noc, a minimum - na dni.
Może postąpiłem nie tak? Głowię się już od dwóch dni...

Przez ostatni tydzień byłem socjopatą, chyba dzisiejsze judo jakoś to ze mnie wyrzuciło. I to dosłownie. Jeszcze mnie plecy bolą... Dobrze mi to zrobi, ale na razie wszystko mnie boli.
Ktoś chce iść na jogging wieczorem?
Niekoniecznie już dzisiaj - dzisiaj przecież klapki na oczy i uczymy się do laba.

***
Fejsbuk chyba ostatnio zrozumiał moje potrzeby i wyświetla mi kompletną listę najpotrzebniejszych ludzi. Mało to w życiu przydatne, ale jak satysfakcjonuje. Zauważyłem też, że dużo osób polubiło moją tablicę i rozpisuje się na niej (zostawiam wieczorem zmianę statusu i 3-4 komentarze, a rano się budzę i widzę cały dialog na 30 chmurek...).
Z rzeczy którymi mogę się pochwalić, to zrobiłem porządek w swoich zdjęciach. A ile radości było przy wynajdywaniu fotek sprzed 4-5ciu lat! Będę musiał aparat przywieźć - będzie co wspominać z okresu studiów, a ja nie chcę na samym końcu zapomnieć, co było na samym początku.

A co dzisiaj?
Najpierw oczekiwanie w napięciu. I nawet nie chciałem się skupić na pracy. Wynik? Na darmo wypatrywałem.
Co dziwne, wuef przywrócił moją wiarę w siebie. Był śmiech, poznałem Informatyka i ćwiczyliśmy 'Tango', jak ktoś ujął nasze judo... A potem niespodziewane spotkanie no i wreszcie jedzenie :) (wbrew pozorom, nie jestem ciągle głodny!).
Doroto-Aniu, nie zapomnij o obiecanych kanapkach dla mnie ;)

Aha. Coś zauważyłem ostatnio. Nie wiem, czy to znowu moja wyobraźnia, czy coś poważnego, ale widziałem pewne przerażenie w oczach kogoś. Czy to jest dobry znak? Już raz przechodziłem przez takie coś i nikt nie osiągnął celu. Nie chcę, by schemat się powtórzył.

No i zacząłem prowadzić Dnévnik. Krašno.

Do zobaczenia.


Fel C:

niedziela, 9 października 2011

Felice from Wonderland

Nie wiem, dlaczego znów ze sobą to robię.
Chcę wyglądać najlepiej, chcę zachowywać się najlepiej, chcę być postrzegany najlepiej.
Mówię sobie, że wyzbyłem się chęci podążania do ideału - lecz to pozostało gdzieś głęboko mnie i ujawnia się, jak dziura w nadgryzionym jabłku, zjedzona przez robaka-ideał.
Zasmakowałem już tego raz, dwa.
Nie poczułem chyba skoncentrowanego smaku.
Szukam kolejnego razu. A jeżeli znowu tego nie poczuję?
W innych warunkach, w innej rzeczywistości.

Jestem sobą, a próbuję się zmienić. Boję się wszystkiego. Od zmiany, do posądzenia przez nieznane.
Rzucam się na głęboką wodę i nie wiem, czego się spodziewać. Jeśli znów nie dosięgnę wymarzonego dna, nie będę wiedział, co ze sobą zrobić...

Tak! Bo w moim świecie to dno jest celem i wcale nie oznacza najgorszej formy czegokolwiek.
Mój świat marzeń jest lustrem do świata innych. Jednocześnie jest taflą szkła, która pokazuje mi część innego wymiaru oraz przedstawia mi inny punkt widzenia.
Mogę go przyjąć, odrzucić - czyli ocenić. Oceniam, ale przez to mój obraz nie staje się wyraźniejszy.
Szukam siebie w głębinach. Być sobą, być tak blisko siebie ale nie widzieć siebie.

Głowa mnie boli.


Fel C

A to wszystko dla innego

sobota, 8 października 2011

Pralnia tygodniowa

Jakiś tytuł? Nie mam pomysłu jak na razie. Wyjdzie w praniu.
***

Więc jestem! Chciałem już napisać w zeszłym tygodniu, ale coś mnie od tego odciągnęło i już po łik ędzie nie mogłem pisać. Korzystanie z bibliotecznych komputerów nie nadaje się do udostępniania jakichkolwiek danych.
Przynajmniej teraz się więcej zdarzyło. Więcej tych miłych rzeczy.

W skrócie: poprzedni tydzień był paskudny pod kilkoma względami, Mianowicie: stres, bolące oczy, brak Internetu, depresja. Zawsze się uśmiecham, a w środku tylko ja wiem, co się dzieje.

I kropka. Kolejny tydzień był okej.

Pierwsze konkretne laborki z chemii. Cudo. Wyciąganie kapilar w wykonaniu pani profesor wydało mi się spektakularne. Moja kapilara byłą trochę krótsza, ale też kapilara. W ogóle łatwo wpadam w zachwyt. Ale to było godne zachwytu.

No i chyba wchodzące w stały element programu, czwartkowe karaoke! Tak jak zwykle, było świetnie ;)





Piszę tą notatkę i mam wrażenie, że pieprzę same głupoty.

Wracając do karaoke w ostatni czwartek było udane, gdyż:
- spotkałem się ze swoimi chemikami (jakbym ich na co dzień nie widział, no większości);
- zaśpiewałem Nas nie dogoniat (na 'scenę' wyszedłem sam, ale śpiewałem już kilkoma osobami), a efektem jest nagranie video na fejsie (którego jeszcze nie odważyłem się obejrzeć...);
- znalazłem kolejną pokrewną duszę, tym razem w sferze szeroko pojętej muzyki i kulinarii (pozdrawiamy panią A.! ^^);
- stałem w korytarzu przed kiblem i współdzieliłem swoją muzykę.

Było niekoniecznie miło ze względu na osobę pana Gy., ale chyba jestem uprzedzony (co nie zmienia faktu, ze w pewnej chwili zabrał mi mikrofon, ale go oddał w ostateczności).
Dużo gorszym doświadczeniem była ręka pijanego gościa na moich plecach i niedwuznaczne propozycje wygłaszane w języku niepolskim.

Karaoke się skończyło, dotarłem do domu. Obudziłem się wcześnie rano w bolącą głową i pustym brzuchem. Ale co poradzić, trzeba było jechać na fizykę :)

Wykład przyjąłem dość ciepło, czego już nie mogę powiedzieć o laboratorium z fizyki. Mózg mi się wyłączył już po pół godziny. Czy był ktokolwiek, komu spodobał się lab? Anybody? No? (Dust, można by było rzec).

Już starczy faktów, o sferze marzeń nie wspominam, bo ostatnio urosła do kolosalnych rozmiarów.

Do zobaczenia kiedyś, dziobaczki.

Posiadacz nowego sprzętu do pisania postów na blogerze, Feliks C:

PS Czytam całość i muszę przyznać, że nie lubię streszczać całego tygodnia.

czwartek, 22 września 2011

O, właśnie, przecież muszę o tym napisać!

Wysyłając tobie szyfrowaną wiadomość:
"Lubię Cię, stanowczo nie w tak płytkim znaczeniu tego słowa, które zostało spaczone przez facebooka"
Podoba mi się twój uśmiech,
podoba mi się twój głos,
podobasz mi się Ty.
Piszę to w taki sposób, że szczerzę się w stronę mojej klawiatury (tak, nie potrafię pisać bezwzrokowo, a i tak popełniam błędy; noob ze mnie) i nie mogę się pozbyć Ciebie z mojej głowy. Czemu piszę to tu - jestem uzależniony od neta, a to przyjmuję jako niezobowiązujący sygnał do mojej świadomości.

***

Te ostatnie dni były stanowczo ciężkie, jednocześnie będąc zwykłymi. Telefony o 530 nad ranem stanowczo nie wróżą nic dobrego i tym razem miałem racje, nie wstając i nie podnosząc słuchawki.
Dzisiaj poczułem to coś i zrozumiałem, że będę pamiętał o Tobie zawsze. To nie jest efekt klęczenia i klepania formułek, których tak nie znoszę - to była rozmowa, no może monolog. Teraz to ja zaczynam nowy rozdział i jestem szczęśliwy.

No i kocham swoją rodzinę :D

---

Mam zapchany nos, kaszle fantomiczne - czyżby jesień się zbliżała? Jutro jakieś święto zapewne. Ktoś będzie świętował ze mną? Chyba się skończy na wycieczce do lasu i zmianie statusu na fejsie, której i tak nikt nie zauważy. Świecie - okrutnyś. Nikt nie mówi, że droga jest łatwa. Wręcz przeciwnie - wszyscy mówia, jak to jest trudno. Ale jednak mają takie chwile, że czują się doskonale.
Mój obecny cel? Przetrwać w tym niebezpiecznym Wielkim Świecie i nie umrzeć z głodu.

Coś dużo wątków jak na jeden post, trochę to niepoukładane... Ale czymże jest życie, jeżeli nie stertą owych wątków nieuporządkowanych; tych na wierzchu, których ciągle dotykamy oraz tych na spodzie, zapomnianych, co nie oznacza - nieistniejących.


Pozdrowienia, jesienny Fel C:

środa, 14 września 2011

Kaprys nr 24

Jutro przeprowadzam się.
Słucham w kółko Paganiniego.
Ślęczę na facebookiem i mam nadzieję na jakiś przebłysk zainteresowania.


Mam dwie opcje: zagadać albo czekać na zagadanie. W pierwszej opcji podejmuję ryzyko, które tak bardzo nie odbije się na moim otoczeniu (ale mam głupi nawyk przywiązywania się do każdej pieprzonej małej rzeczy); druga zaś opcja, z punktu widzenia pożądanego, jest po prostu nieopłacalna - obie strony mogą w nieskończoność czekać na ruch drugiej (w wersji dla konia).

Och, kolejne zaproszenie do aplikacji. Przepraszam, nie chcę Ciebie widzieć na oczy, nie mam ochoty niańczyć kilkadziesiąt pikseli we flashu. Za każdym razem, gdy wyskakuje powiadomienie myślę "Może jednak...", a tu nic. Żeby życie było tak proste jak gra fejsbukowa, to bym nie pisał tego bloga. To jest pozytyw, pisanie mnie jednak trochę odpręża.

Wczoraj natchnęło mnie na zerknięcie do nieużywanej jaźni. Nie sądziłem, że potrafię mieć takie głębokie myśli... Zaskakujące jest to, że są one bardzo łatwe w odczytaniu - przynajmniej dla mnie, dla reszty pisane są szyfrem, specjalnie.



Chyba zacznę częściej wyciągać bloga z szafy. Ekscytują mnie te górki w statystykach. Nie wiem jak ludzie mnie odbierają jednak (piszcie, proszę, komentarze :3). Wiem, wiem, każdy ma swoje mniej lub bardziej nudne życie, dlaczego wiec ktokolwiek miałby się zajmować wylewnościami kolejnej anonimowej osoby z internetu. Ja też nie wiem - piszę, żeby uspokoić umysł i założyć sobie, że jestem wysłuchany. A i też chyba czuję się bardziej gotowy na otwartość.

Z czerwonym czołem od paranoicznego uderzania głową w stół, Fel C: